Przemysław Nowakowski znany jest przede wszystkim jako scenarzysta filmów: „Egoiści", „Ono", „Boisko bezdomnych", a także nominowanego do Oskara „Katynia". Razem z Dariuszem Gajewskim napisał tekst „Ostatnia niedziela", który wygrał konkurs PISF na scenariusz o Powstaniu Warszawskim. Chcąc pójść dalej, zgłosił się do organizowanego przez Stowarzyszenie Filmowców Polskich programu „30 minut" - tu dostał możliwość wyreżyserowania swojego pierwszego filmu - „Wera".
To współczesna wersja średniowiecznej legendy opowiadającej o parze kochanków, którym ciążąca nad nimi klątwa uniemożliwia spotkanie. Rolę współczesnej klątwy odgrywa kredyt zaciągnięty na kupno wspólnego mieszkania - pracują, żeby go spłacić i nie mają kiedy się spotykać. Para znajduje pomysł na rozwiązanie tej sytuacji. Postanawiają nagrywać swoje życie i przesyłać sobie nawzajem video listy. Jednak z czasem główny bohater zaczyna tworzyć swój własny świat, traci kontakt z rzeczywistością i ukochaną. Wtedy poznaje Werę...
Historie, które chce się opowiedzieć
Rozmowa z Przemkiem Nowakowskim.
Skąd pomysł na scenariusz?
- Film opowiada prostą historię. Jest w niej kobieta, której nie ma i ludzie, którzy latają jak ptaki. Występuje tam Dedal ojciec Ikara i słychać koncert na nieistniejących skrzypcach. Czyli w gruncie rzeczy dość życiowe tematy...
Do kogo adresowany jest Twój film?
- Gdyby ten film był listem zaadresowałbym go dla jednej, konkretnej osoby. A ponieważ nie jest listem, przeznaczony zostanie dla wszystkich którzy go obejrzą. Dla kogo zrobiliśmy film, pozostaje z reguły tajemnicą, ale jeśli adresat istnieje, to każdy może się nim stać. „Nie pytaj komu bije dzwon. Bije on tobie." :)
Jesteś scenarzystą. Co skłoniło Cię do pójścia w stronę reżyserii?
- To czysto techniczna kwestia. Najpierw są historie które chce się opowiedzieć, a potem, w zależności od momentu w życiu i wewnętrznej potrzeby, szuka się dla nich środków wyrazu. Reżyseria sama w sobie nie jest niczym specjalnie interesującym. To jak stolarstwo albo hydraulika. Dopiero w połączeniu z czekającymi w nas opowieściami zaczyna być naprawdę potrzebna.
W jaki sposób znalazłeś producenta?
- Producentem filmu jest Szkoła Andrzeja Wajdy. Ponieważ ją ukończyłem i przez nią składałem mój projekt do programu „30 minut", był to wybór dość naturalny.
Czym różni się ten film od filmu pełnometrażowego?
- Tym, czym nowela różni się od powieści. Długością, ograniczeniem do jednego wątku, pewną skrótowością w narracji. Jakością - mam nadzieję - nie.
Ale jest różnica w sposobie kręcenia takiego filmu, planach zdjęciowych, obsadzie, ekipie pracującej przy filmie?
- Idealne byłoby utrzymanie standardu pełnometrażowego filmu. Niestety, przy tak ograniczonym budżecie bywa to bardzo trudne. Jest jednak coś na plus - dobra wola ekipy, aktorów i współpracowników, którzy - skoro decydują się wejść w tego rodzaju artystyczny eksperyment - z reguły poświęcają mu dużo energii. Tak można nadrobić wiele braków.
Program „30 minut" Stowarzyszenia Filmowców Polskich jest dofinansowany przez PISF.
rozmawiała Martyna Rogozińska





