Wywiad z Jackiem Lusińskim, reżyserem filmu „Piksele", który wszedł do kin 28 maja.
Piksele są Pana debiutem pełnometrażowym. Nie możemy jednak nazwać Pana debiutantem.
Ja sam nie uważam siebie za debiutanta. Wcześniej zrobiłem jeden film średniometrażowy pt. „Niezła jazda" i serial dokumentalny o kampanii wrześniowej w 1939 roku. Te wszystkie produkcje przygotowały mnie do zrobienia w końcu filmu fabularnego. Debiutantem można nazwać kogoś, kto nie tylko robi coś po raz pierwszy ale przede wszystkim nie jest pewien tego, co zrobił. To poczucie znika jeżeli dostajesz informację, że ileś osób akceptuje to co robisz, że są nastawione entuzjastycznie do tego, co tworzysz. Poczułem się jak debiutant, kiedy po raz pierwszy pokazałem swój film dużej publiczności. To jest ogromne przeżycie. Wtedy jesteś zdany na opinię ludzi, na których ci najbardziej zależy. Pierwszy poważny pokaz filmu miał miejsce nie w Polsce a w Rosji na festiwalu „Bałtyckie Debiuty". Tam obejrzała go publiczność rosyjska. Film został bardzo dobrze odebrany.
Czy poprzednie doświadczenia związane z pracą w telewizji pomogły przy kręceniu fabuły?
Jakakolwiek praca związana z filmem pomaga nabrać pewności siebie. Im więcej rzeczy się zrobi, tym większej nabiera się wprawy. Myślę, że wcześniejsze doświadczenia związane z realizacją filmów dokumentalnych czy reklamowych bardzo mi pomogły. Pomagają każdemu, kto realizuje jakieś nowe, czasami całkiem inne projekty.
W filmie możemy podziwiać wielu wybitnych polskich aktorów m.in. Mariana Opanię, Zofię Merle, Adama Ferencego, Marię Klejdysz. Czy trudno było Panu namówić ich do udziału w filmie?
Oczywiście pozyskanie gwiazd do mojego filmu nie udałaby mi się gdyby nie pomoc producentów. Miałem szczęście, że „Piksele" robiłem z inteligentnymi ludźmi. Kilka propozycji aktorskich padło właśnie od nich. Kilka odrzuciłem, bo były moim zdaniem nietrafione. Jeśli chodzi o doświadczonych polskich aktorów, to wiedziałem, czego mogę się po nich spodziewać: klasy ludzkiej i zawodowej. To nieprawdopodobny komfort, kiedy pracujesz z kimś o takim doświadczeniu, tak zdolnym i rozumiejącym.
W „Pikselach" zagrało tez wielu młodych polskich aktorów, w tym debiutantów.
To paradoks, ale trudniej było mi znaleźć młodych aktorów, niż gwiazdy polskiego kina. Nie chciałem używać aktorów wyłącznie serialowych dlatego, że mają oni o wiele mniejszy zasób środków wyrazu. W warsztacie serialowym skala gry aktorskiej jest mocno ograniczona. Szukając debiutantów jeździłem po szkołach aktorskich po całej Polsce i oglądałem wszystkie spektakle dyplomowe. To trwało ponad pół roku, aż znalazłem tych odpowiednich, którzy później zagrali w filmie. Mam nadzieję, że widzowie docenią mój wybór.
Film składa się z czterech opowieści. Każda z nich została nakręcona przez innego operatora.
Producenci filmu Piotrek Miklaszewski i Wojtek Maryański zapytali mnie czytając scenariusz, jak chcę zróżnicować te opowieści, jak je rozgraniczyć. Zastanawiałem się jak to ugryźć, jak to przełożyć na język filmu. Pewnego dnia oglądałem zdjęcia na moim telefonie, znalazłem też takie zrobione przez inne osoby. Dostrzegłem, że te zdjęcia są inne. Inny jest sposób trzymania aparatu, inne warunki, inna ekspozycja, inna wrażliwość, inna ręka. To się czuje. Nagle dostaliśmy olśnienia - niech zdjęcia zrobi czterech operatorów. To jest fantastyczne i bardzo cenne doświadczenie, jeśli robiąc jeden film możesz obcować z czterema pełnoprawnymi operatorami. Kiedy pracujesz w niewielkich odstępach czasu z kilkoma osobami widzisz jak nieprawdopodobnie różni są ludzie. Widzisz inny rodzaj wrażliwości. Ja traktuję operatora jak współtwórcę filmu. W „Pikselach" jest parę pomysłów, które wnieśli właśnie ci operatorzy i one były nieraz lepsze niż moje.
Zgadza się Pan z tym, że Pański film nie jest typową komedią?
Tworząc scenariusz pisałem komedię. Zawsze lubiłem poczucie humoru, które wywodzi się z absurdu, z liryki: Monthy Python albo Kabaret Starszych Panów. Nigdy nie lubiłem takiego śmiechu, który polega na tylko przewracaniu się na przysłowiowej skórce od banana. Śmiech powoduje dystans do rzeczywistości. Pozwala spojrzeć z boku na życie, na wiele różnych spraw. Pracując nad scenariuszem pomyślałem, że fajnie byłoby zrobić taki film, który widz obejrzy z przyjemnością a z drugiej strony nagle się zorientuje, że jednak jest w nim coś głębszego, jakaś druga warstwa. Nie mogę jednak mojego filmu zdefiniować wyłącznie jako komedię.
Skąd wziął się tytuł filmu ?
Ilość informacji, emocji, przeżyć w dzisiejszym świecie w tym zawrotnym tempie, w którym żyjemy jest ogromna. Niestety często nie wyciągamy wniosku z tego, co nas spotyka, z tego czego doświadczamy. Te wszystkie informacje przelatują przez nas, są jak nic nieznacząca materia. Im więcej tego jest tym mniejsze ma to dla nas znaczenie. Tak samo dzieje się z pikselami z informacjami zapisanymi na dysku czy na płycie. Po kilku latach często stają się one bezużyteczne, nie da się ich już odtworzyć. Nasze emocje i przeżycia są często jak piksele, miliardy pikseli z których nic nie wynika.
„Piksele" to cztery historie, które tworzą jednak bardzo spójną całość.
Impulsem do konstrukcji filmu był mój własny telefon komórkowy, którego nie przeglądałem od roku i nagle okazało się, że mam w nim 1 500 zdjęć. Zacząłem je oglądać i przypominać sobie wiele historii, które mi się przydarzyły i które utrwaliłem na zdjęciach. To był punkt wyjścia do zrobienia tego filmu w ten sposób. Jednak od samego początku konstrukcja filmu polegała na tym, że to są cztery historie, które stanowią pewną całość. Te wszystkie historie kumulują się w jednym miejscu, gdzie spotykają się nasze ludzkie losy. Ja patrzę na ten film od drugiej strony i chciałbym, żeby inni tez go tak postrzegali. Oczywiście każdy ma prawo patrzeć inaczej i odbierać mój film na swój sposób.
Czy któraś z historii jest dla Pana szczególnie ważna?
Ja jestem trochę pocięty na kawałki, na piksele, w każdej z tych historii jest gdzieś fragment mnie samego. Jestem w tych wszystkich czterech historiach. Babcia Anastazja grana przez Marię Klejdysz - która wniosła do filmu niezwykłą klasę i jakość -jest kwintesencją moich dwóch nieżyjących babć. Ten film pozwolił mi znowu spotkać je na chwilę. Myślę jednak, że każda z tych historii jest mi na swój sposób bliska.
Skąd Pan czerpie inspirację do pracy?
Uwielbiam muzykę. Dla mnie jest ona najważniejszą ze sztuk. Uwielbiam czytać. Uwielbiam filmy. Staram się nie oglądać wszystkiego, selekcjonuję filmy. Jednak nie inspiruje mnie ich tematyka. Świetna książka czy film inspiruje mnie na tyle, że dodaje energii, że warto coś robić. Spróbuj, a może tobie też się uda. Dla mnie inspiracja polega właśnie na tym. Poza tym obserwacja świata. Mam w sobie ogromną ciekawość świata.
Na co dzień staram się więcej patrzeć a mniej gadać.
Czy pracuje Pan teraz nad czymś nowym?
Tak. Od pół roku przygotowuję serial dokumentalny o polskich sportowcach, którzy żyją za granicą. W młodości interesowałem się piłką nożną. Zaciekawiło mnie bardzo jak wygląda teraz życie Polaków, którzy osiągnęli sukces w sporcie, ale żyją na obczyźnie. Obecnie kończę scenariusz drugiego filmu i pracuję też nad kolejnym projektem. Następny film będzie opowiadał o bardzo atrakcyjnym środowisku ludzi w tym kraju, atrakcyjnym filmowo. Takiego filmu jeszcze chyba w Polsce nie było. Scenariusz do drugiego filmu jeszcze nie powstał. Chcę go napisać z moim przyjacielem Mirkiem Kuliszem, z którym stworzyłem już kiedyś jeden scenariusz. Nazywamy ten projekt komedią filozoficzną , ale jest to bardzo robocze określenie. To będzie bardzo śmieszny film, ale podszyty melancholią. To mój plan pracy na najbliższe trzy, cztery lata. Jeśli prace nad scenariuszem pójdą sprawnie może uda mi się złożyć jeszcze w tym roku wniosek do PISF.
Rozmawiała Paulina Bez






