
Paul Bush. Fot. Marcin Kułakowski, PISF
Podczas 17. MFF "Etiuda&Anima" rozmawialiśmy z przewodniczącym jury konkursu "Anima" reżyserem filmów animowanych i pedagogiem Paulem Bushem. Opowiedział nam o pracach jury, swojej fascynacji kinem, pracy w reklamie i tradycjach pedagogicznych w jego rodzinie.
PISF: Jakie były główne kryteria wyboru filmów nagrodzonych w konkursie „Anima" festiwalu „Etiuda&Anima"?
Paul Bush: Zacznijmy od tego, iż jestem przekonany o tym, że nagrody nie są najważniejszą częścią festiwali filmowych. Sam jestem filmowcem i wiem, że kiedy robimy filmy nie myślimy o braniu udziału w wyścigu, o ściganiu się z naszymi kolegami i innymi filmowcami. Jednak w końcu się ścigamy, ktoś otrzymuje pierwszą nagrodę. Najlepszą rzeczą i najważniejszą podczas festiwali jest to, że publiczność ogląda wiele nowych filmów z całego świata. Zwycięzcami są więc wszyscy, którzy pokazali swoje prace na festiwalu.
Jeśli chodzi o przyznane nagrody to jesteśmy grupą składającą się z osób wielu narodowości, wszyscy mamy różne przekonania, opinie, silnych faworytów. Są filmy wyjątkowe, które podobają się jednej osobie, innym nie i takie właśnie są filmy. Musieliśmy więc dyskutować i dojść do porozumienia. Mieliśmy również inne kryteria (...). Wybierając te filmy, co do wielu się zgodziliśmy, muszę jednak powiedzieć, że każdy kieruje się innymi kryteriami, to bardzo skomplikowane (...). Czasami chce się wspierać ludzi - miło jest przyznawać nagrodę dla filmu studenckiego, myślę, że jest ona wyjątkowa i jest mi szczególnie miło, że trafia ona do studentki z Krakowa. Chociaż jest to bardzo, bardzo dobry film i nie była to z naszej strony protekcja, by przyznać nagrodę komuś z Krakowa. Jest to po prostu bardzo mocny film, spodoba się wam.
Jaka animacja w tegorocznym konkursie najbardziej się panu podobała?
Ponieważ byłem członkiem jury nie mogę o tym rozmawiać. Ale muszę przyznać, że miałem swojego faworyta, jednak nie otrzymał on żadnej z nagród, ponieważ nikomu poza mną nie podobał się. Jednak praca jury to praca zespołowa i jestem zadowolony z wybranych przez nas nagrodzonych filmów. Nagrodziliśmy film, którego wcześniej nie widziałem, i miałem ochotę obejrzeć go zaraz znowu, po prostu wyjątkowy. Podziwiam wyobraźnię twórców filmowych, filmy surrealistyczne, niczym ze snu, jednak realistyczne dla każdego, w pewien dziwny i zabawny sposób. Wybraliśmy obraz bardzo poruszający i przemawiający do nas wszystkich. Jestem zachwycony tym wyjątkowym filmem w programie.
Czy woli pan animacje „rysowane" czy też montowane ze zdjęć, przedmiotów? Sam pracuje pan w wielu technikach.
Nie mam ulubionego sposobu realizacji, techniki. Pewnie można być bardziej krytycznym wobec obrazów realizowanych w danej technice, jeśli się samemu robi w niej filmy. Mogę powiedzieć, że być może jestem bardziej wymagający wobec filmów eksperymentalnych, ponieważ na tym polu pracuję. Wiem, że taka produkcja wymaga wiele dyscypliny, jestem bardziej wymagający wobec takich filmów, niż powinienem być. Nagrodziliśmy jednak bardzo eksperymentalny film honorowym wyróżnieniem. Nie mam jednak ulubionej techniki realizacyjnej. Kiedy mówię, że podoba mi się konkretna technika to za chwilę widzę coś, co zostało zrealizowane inną metodą, co mi się naprawdę podoba.
Podczas tegorocznej „Etiudy&Animy" wystąpił pan w trzech odsłonach: jako juror konkursu „Anima", jako twórca prezentujący własne prace, a także jako nauczyciel pokazujący filmy swoich studentów. Które z tych działań są dla pana najważniejsze?
Najważniejsze jest dla mnie pokazywanie własnych prac. To jest we mnie najistotniejsze - prace, które realizuję. Oczywiście, nie jest to mój sposób komunikowania się z przyjaciółmi, ale tak odnoszę się do większej części świata, do ludzi których nie znam, do tych, którzy nie znają mnie. Ale znają moje filmy. To jest najważniejsze. Zaszczytem jest bycie zaproszonym do jury, nie jest to jednak coś, co wydaje mi się łatwe. Nie wierzę w zasadę, że jest właściwym albo możliwym ocenianie i przyznawanie nagród dziełom sztuki. Jednak rozumiem, jak ważne jest dla festiwalu, dla rozgłosu, dla filmów to, że są przyznawane nagrody. Jest to trochę paradoksalne, że biorę udział w obradach jury, już kilka razy byłem zapraszany do obrad. Nie powiedziałbym, że jest to zło konieczne, ponieważ są pewne korzyści - nagrody sprawiają, ze więcej się dyskutuje o filmach, jednak niełatwo jest dokonywać wyboru, nagradzać filmy, kiedy widzisz, jaki ogrom pracy został w nie włożony. Są filmy, które mi się kompletnie nie podobają, natomiast widzę, ile w nie włożono pracy, a te produkcje podobają się też innym. To jest właśnie dla mnie trudne, natomiast lubię rozmawiać z innymi filmowcami i członkami jury.
Jeśli chodzi o prezentowanie dorobku moich studentów, to nie robię tego często. Jestem z nich bardzo dumny. Także jestem dumny z tego, że w jakiś sposób jestem częścią tylu dobrych filmów. Oczywiście, nie są to moje prace, a już patrząc na program można dostrzec, że są to różne filmy. Jedyny wpływ, jaki mam na ich powstawanie to staranie się, aby autor ukończył swój film w takim kształcie, w jakim chce; pomagam każdemu indywidualnie. To w końcu nie moje filmy, a ich.
To chyba dość trudne, inspirować twórców i mieć wpływ na to co robią, nie patrząc na to tak, jakby się robiło własny film?
Nie sądzę, bym miał na swoich studentów duży wpływ. Niektórzy z nich znają moje prace, niektórzy pewnie nie. Prowadząc zajęcia np. w National Film and Television School w Londynie nie pokazuję swoich prac, tylko prowadzę zajęcia. Kiedy odwiedzam szkoły zagraniczne to zazwyczaj moje filmy są tam prezentowane, więcej ludzi zna moje prace(...). Myślę że w National moje filmy być może są oglądane w bibliotece, jednak nie sądzę, żebym inspirował ludzi swoimi pracami. Chciałbym wpływać na to co robią poprzez rady, jakie im daję, a mam nadzieję, ze są to rady jakich potrzebują, by zrobić własne, osobiste filmy.
Jaka więc jest pańska metoda pracy ze studentami?
Nie mam jednej metody. Ja sam uczyłem się u bardzo dobrych nauczycieli, mogę też powiedzieć, że w mojej rodzinie istnieją nauczycielskie tradycje. Mój ojciec, który był kompozytorem, był także nauczycielem. Myślę, że był bardzo dobrym nauczycielem, spotkałem kilku jego uczniów. Współpracuję też z jedną z uczennic ojca, śpiewaczką. A z kolei matka mojego ojca też była nauczycielką, więc może jest w tym coś.
Sam na początku, kiedy zaczynałem uczyć byłem bardzo złym nauczycielem. Uczę już od dłuższego czasu. Żeby uczyć musisz lubić ludzi, musisz entuzjastycznie podchodzić do pracy innych, ja właśnie taki jestem. Jestem podekscytowany filmami studentów, dzielę to uczucie z nimi, a czasem nawet jestem tym bardziej zachwycony niż oni. Ja nie muszę tyle pracować co oni, mam wiec znacznie więcej energii (...). To jest świetne, ponieważ mnie samemu trudno jest zrealizować więcej niż jeden film rocznie, a opiekuję się ok. 15 - 16 filmami studenckimi w ciągu jednego roku, w różnych krajach - we Włoszech i w Szwajcarii.
Chodził pan do Goldsmiths College, nigdy nie uczęszczał pan do szkoły filmowej. Jednak w pana filmach pojawia się wiele nawiązań do klasyki światowego kina. Kiedy zainteresował się pan bardziej filmami niż sztukami plastycznymi?
Zawsze interesowałem się filmem, ale w czasie, kiedy dorastałem, a było to we wczesnych latach siedemdziesiątych, nic mnie nie łączyło ze światem filmu. Nie wydawało mi się to możliwe, aby zaangażować się w to środowisko. Kiedy poszedłem do artystycznej szkoły interesowałem się kinem francuskiej Nowej Fali, zacząłem też oglądać niezależne produkcje amerykańskie, filmowców z lat sześćdziesiątych, takich jak Stan Brakhage i inni przedstawiciele amerykańskiej awangardy. Kiedy odszedłem ze szkoły plastycznej wiedziałem, że jest możliwe robienie filmów. (...). Zacząłem uczyć się filmu samodzielnie, często popełniając błędy. Myślę, że wielką wadą bycia samoukiem jest popełnianie wielu błędów, zupełnie niepotrzebnych. To największa wada, na dodatek wszystko dzieje się bardzo powoli, uczysz się powoli. Zaletą jest, jak sadzę robienie rzeczy w inny sposób, ponieważ nikt cię tego nie nauczył. Muszę tego pilnować pracując ze studentami, ponieważ kiedy uczysz chcesz chronić studentów przed popełnianiem błędów, więc chcesz im mówić „nie, nie rób tego!". Musimy być jednak bardzo uważni, ponieważ nie chcemy by studenci popełnili błędy, które zrobił przed nimi już ktoś inny.
Pracuje pan również w reklamie.
Z reklamą wiąże się dla mnie wiele zabawnych rzeczy. Pracowałem jako reżyser animacji od 5 lat, kiedy jedna z brytyjskich firm reklamowych zwróciła się do mnie. Nigdy nie starałem się o pracę w tej branży, a ta firma miała sporo współpracowników z kręgów kina eksperymentalnego. Firma ta reprezentowała mnie i załatwiali mi pracę w reklamie raz na jakieś pięć lat. Lubię kręcić filmy reklamowe, są one dla mnie ucieczką od mojej normalnej pracy. W pracy przy reklamie panuje specyficzna atmosfera, przez krótki okres czasu, kiedy już zadecydują, że będziesz reżyserem jesteś traktowany jak bóg, przez czas trwania produkcji - dwa lub trzy tygodnie. Potem o tobie całkowicie zapominają. To bardzo dziwaczny świat. (...). Bardzo wciągający, przyjemny narkotyk. Na szczęście ja nie dostawałem go zbyt dużo, więc nie jestem uzależniony.
Pana filmy reklamowe znalazły się wśród pańskich filmów na wydanym dvd. Nie wstydzi się pan zatem swojej działalności komercyjnej.
Zamieściłem tam tylko reklamy, które uważam za interesujące i jakoś spokrewnione z moją twórczością filmową. Wielu ludzi realizuje filmy reklamowe i robią to bardziej tradycyjnymi metodami animacji. Filmy reklamowe innych reżyserów rzadko można odnieść do ich normalnej pracy (...). W moim przypadku często jestem proszony o zrobienie czegoś bezpośrednio odnoszącego się do moich prac. Koniec końców czasem te filmy nie podobają mi się, więc ich nikomu nie pokazuję. To wielka zaleta, zrobić film, który lubisz i który polubi również publiczność. Ale tak jak mówiłem podczas spotkania - wielką zaletą moich filmów reklamowych jest to, iż ludzie zupełnie nie wiedzą, co reklamuje dany film.
Też nie wiem, co reklamowały te filmy!
Ja sam już o tym zapomniałem. Kiedy zaczynałem pracę w świecie sztuki miało się uczucie, że tworzenie animacji, działania artystyczne nie są prawdziwym życiem, nie są czymś przystającym do codzienności. Robiąc film reklamowy odnosisz się do życia, do społeczeństwa, robisz coś, co sprzeda produkt, co może utrzymać zatrudnienie wielu osób, jeśli zrobi to dobrze. Masz władze nad życiem wielu, wielu ludzi w swoich rękach, mówiąc bardzo dramatycznie. Robisz więc coś, co na pewno odnosi się do społeczeństwa. Jednak, cały ten świat reklamy jest tak bardzo odcięty od społeczeństwa, świat sztuki jest znacznie bliżej. To świat fantazji, którymi żyje wielu ludzi pracujących w branży reklamowej. Dostają dużo pieniędzy w krótkim czasie, wielu z nich jest bardzo młodych, wielu z nich marzy o byciu artystą. Jednak nigdy nimi nie będą. Ja jestem artystą robiącym filmy reklamowe, ale osoba realizująca filmy reklamowe chcąca być artystą - to się nie zdarza, nie udaje się. Tak więc sądzę, że świat sztuki jest bliżej ludzi. Owszem, możemy krytykować sztukę, że nie wychodzi bardziej w przestrzeń publiczną, że nie jest popularna. Ale to jest naprawdę bardziej prawdziwy świat, tego się nauczyłem.
Mówiąc o popularności sztuki i animacji - czy sądzi pan, że internet zmienia stopień zainteresowania sztuką? Czy ludzie chcą oglądać animacje w sieci? Czy pokazy animacji sprawdzają się tylko na festiwalach?
Studenci spędzają mnóstwo czasu w internecie. Ja nie używam internetu zbyt często; zarabiam w ten sposób, że w sieci można obejrzeć moje filmy. Jednak nie jest to moje główne źródło utrzymania, chociaż jest przydatne. Bardziej używam internetu do reklamowania, gdzie można zobaczyć moje filmy. Moi studenci oglądają jednak mnóstwo filmów w internecie. Eksperymentalna animacja jest tam niezwykle popularna. Jest to ogromne narzędzie, by pokazywać ludziom swoje prace.
Czy internet to wystarczające miejsce do prezentacji animowanych filmów? Czy nie brakuje panu artystycznych, niekomercyjnych animacji w kinach?
To zależy od kraju, w Wielkiej Brytanii sporo eksperymentalnych filmów można zobaczyć w galeriach sztuki, to bardzo duży obszar prezentacji. Podobnie jest w USA. Widziałem wiele znakomitych filmów w galeriach. Wolę oglądać filmy w kinie, ale wiele kin przekształciło się w galerie, czy też galerie wynajmują małe kina, by w ten sposób prezentować część wystawy. To się zmieniło ostatnio. W Londynie widziałem niedawno sporo ciekawych prac, jest wiele miejsc, gdzie można zobaczyć eksperymentalne prace. Z pokazywaniem krótkich metraży zawsze jest pewien problem. Kiedy masz program, składający się z 50 krótkich filmów i wszystkie są bardzo dobre, to jest to totalnie wyczerpujące doświadczenie (...).
W pokazach konkursowych „Etiudy&Animy" uczestniczyło mnóstwo publiczności, sekcje te cieszyły się dużym powodzeniem. Co sadzi pan o programie i o poziomie przedstawianych filmów, także polskich?
Tak jak mówiłem wcześniej o pozytywnych aspektach konkursu - jest pewien poziom podekscytowania. To zupełnie inaczej, kiedy prezentowane są retrospektywy, które też cieszą się zazwyczaj dużym powodzeniem na festiwalach. Ja sam często będąc na festiwalach jestem bardzo zainteresowany retrospektywami, zobaczeniem całości dokonań jakiejś osoby, nawet kogoś kogo znam. (...). Nigdy nie wiadomo, jakie filmy będą w konkursie - to ekscytujące. Mamy więc film niesamowity, potem film zły, potem dziwaczny, a następnie zwyczajny. Konkurs jest ekscytujący bardziej niż sekcje tematyczne na festiwalach.
Jeśli chodzi o polskie animacje widziałem w konkursie bardzo dobre filmy, nie wiem zbyt wiele o polskiej animacji. Przez kilka lat jako twórca, nie jako nauczyciel byłem z dala od animacji, więc nie jestem na bieżąco. Jeszcze kilka lat temu znałbym każdą prezentowaną animację, ponieważ jeździłem na więcej festiwali z własnymi pracami (...). Obecnie poziom prac studenckich jest bardzo wysoki, w niektórych krajach filmy studenckie wypierają z festiwalowych programów niezależne realizacje. Łatwiej zrobić film, będąc studentem niż niezależnym filmowcem.
Czytałam, że pracuje pan obecnie nad pełnometrażowym debiutem fabularnym
Tak, właśnie skończyłem...Chociaż, raczej nie mogę powiedzieć, że skończyłem, w grudniu miksujemy dźwięk. Pod koniec grudnia. Wydaje się, że film jest ukończony. W przyszłym roku zakończymy pracę, film trafi na festiwale. Zobaczymy co przyniesie przyszłość. Ten film to mieszanka dokumentu, fabuły i animacji. Używam zdjęć dokumentalnych, realizowanych w nowoczesnych miastach - film opowiada o przyszłości. Sam realizowałem zdjęcia dokumentalne, stanowią one jakąś 1/3 filmu. Prawie połowa to materiały naukowe, zebrane z wielu najnowszych źródeł, które mogą być interesujące dla tego filmu. Jednym z tematów jest komputer panujący nad ludzkim zachowaniem, modelujący je. Trudno jest pokazać modelowo, jak zachowuję się ja, czy pani, można taki model zachowania obserwować na przykładzie tłumu. Zaczęto to badać niedawno, jednak bardzo się to rozwija(...) wiele takich aplikacji wykorzystuje się np. w architekturze (...).
Jak pan sądzi, jak będzie wyglądała przyszłość animacji? Będzie więcej filmów realizowanych przy pomocy najnowszych technik komputerowych?
Wspominałem o tym w jednym z wywiadów: kłopot z mówieniem o przyszłości polega na tym, że przepowiednie, jak nadejdzie już przyszłość, wydają nam się beznadziejnie głupie.
Zupełnie jak w starych filmach o przygodach Jamesa Bonda?
No właśnie! Mogę zatem powiedzieć, że według moich prognoz będzie powstawać więcej filmów o Bondzie. Jasne, mój jak można to nazwać „dokument" jest o przyszłości. Ale tak naprawdę ten tzw. „dokument" jest o teraźniejszości. A teraźniejszość dość ciężko jest pogodzić z przewidywaniem przyszłości.
Rozmawiała Marta Sikorska
Strona www Paula Busha: www.paulbushfilms.com.





