Ze Stephenem i Timothy Quay rozmawia Jan Bończa-Szabłowski.
- 19 listopada minęła kolejna rocznica śmierci Brunona Schulza. Artysty ciągle niedocenianego, a jednocześnie niezwykle inspirującego. To właśnie stał się autorem waszego najsłynniejszego filmu "Ulica Krokodyli". Terry Gilliam uznał "Ulicę krokodyli" za jedną z 10 najlepszych animacji wszech czasów. Co was łączy z Schulzem?
- Podobnie jak on jesteśmy zafascynowani kreowaniem nowej rzeczywistości. Rzeczywistości, w której dominuje forma. Kiedy przeczytaliśmy jego powieści, poczuliśmy, że wchodzimy do świata, który bardzo nam odpowiada. Świata, w którym wszystko wypływa z "genialnej epoki" dzieciństwa. W tym zaczarowanym świecie doskonale odnalazły swój żywot nasze lalki, zasuszone owady, stare książki.
- To właśnie, co Schulz nazywa "rupieciarnią starego piękna".
- W naszej wyobraźni tak musi wyglądać Drohobycz. Dla Schulza było to miasto ciemnych ulic, magicznych rytuałów, skrzypiących drzwi. Miasto napełnione melancholią a zarazem dość mroczne. Bardzo inspirująco zabrzmiało dla nas następujące zdanie powieści: "Ulica Krokodyli była koncesją naszego miasta na rzecz nowoczesności i zepsucia wielkomiejskiego. Widocznie nie stać nas było na nic innego jak na papierową imitację, jak na fotomontaż złożony z wycinków zleżałych, zeszłorocznych gazet".
- Jak trafiliście na Schulza?
- Zainteresowano nas jego powieściami. I on stał się drugim po Franzu Kafce artystą, dzięki którym odkryliśmy Europę.
- Co szczególnego zobaczyliście w jej charakterze.
- Zwróciliśmy uwagę na zasadniczą różnicę między Europą a Ameryką, polegającą na tym, że ta pierwsza jest ciągle czymś tajemniczym, czasem wręcz nieprzewidywalnym. W Ameryce wszystko wydaje się niezmiernie proste, zaplanowane.
- Mówiąc o fascynacji kulturą europejską zawsze podkreślacie artystyczne związki z Polską...
- Bo jest ich rzeczywiście wiele. Można powiedzieć, że wychowaliśmy się na Polskiej Szkole Plakatu, nigdy nie kryliśmy zainteresowania filmami Waleriana Borowczyka, czy Jana Lenicy, niezwykle silnie oddziałuje na nas muzyka Krzysztofa Pendereckiego, niezwykle wysoko cenimy sobie współpracę z Lechem Jankowskim z Teatru Ósmego Dnia. To tylko niektóre przykłady.
- Na tegorocznej edycji festiwalu Era Nowe Horyzonty wiele ciepłych słów kierowaliście pod adresem Wojciecha Hasa, dobrze odnajdujecie się w świecie jego filmów?
- Has jest wielkim wizjonerem światowego kina. O klasie jego filmów świadczy to, że są podziwiane także przez innych wielkich mistrzów. Nas pasjonuje w nich ta oniryczność i magia.
- Podobnie jak Has zainteresowaliście się niezwykłymi dziejami Jana Potockiego, twórcy "Rękopisu znalezionego w Saragossie"...
- To było zamówienie, jakie napłynęło z zamku w Łańcucie. Mieliśmy opowiedzieć dzieje tej budowli i jej właściciela. Postawiliśmy tylko jeden warunek. Musieliśmy mieć wstęp do wszystkich pomieszczeń tego niezwykłego obiektu. Dyrektor Wit Wojtowicz okazał się człowiekiem bardzo gościnnym, a przy okazji wielkim miłośnikiem animacji. Tworząc "Inventarium śladów" poruszaliśmy się więc z kamerą bez ograniczeń i niektórych zdarzeń nie potrafiliśmy przewidzieć.
- Powróćmy na chwilę do Schulza...
- Do niego zawsze warto powracać...
- To prawda, że, o zrobieniu własnego "Sanatorium pod Klepsydrą" myśleliście od dawna?
- Tak. Właściwie bezpośrednio po stworzeniu „Ulicy Krokodyli" uznaliśmy, że labirynt Brunona Schulza jest na tyle fascynujący i wciągający, że warto do niego wracać.
- Piotr Dumała mówił mi, że od kilku lat zbieracie pieniądze na ten film.
- Na początku byliśmy przekonani, że uda nam się to bez trudu, bo planowaliśmy znacznie skromniejszą wersję animowaną. Od pewnego czasu myślimy o stworzeniu obrazu z dużo większym rozmachem. Teraz chcemy do tej wizji włączyć także aktorów. Planujemy, że będzie to przedsięwzięcie międzynarodowe.
- Czy wasza wizja będzie nawiązywała do filmu Hasa?
- Znamy ten film bardzo dobrze i jesteśmy pod jego urokiem. Nie zapominajmy jednak, że ten filmowy świat Schulza był bardzo osobistym odczytaniem go przez Hasa. My zrobimy go według własnej wyobraźni. Być może będzie to w jakimś sensie rozmowa z Schulzem i Hasem jednocześnie. Z pewnością pokażemy, jak my rozumiemy tę powieść. Dla nas największym jej bohaterem jest czas.
- Trudno wejść postronnym do waszej pracowni, ale sądząc po filmach animowanych, jest w niej sporo kurzu. Czy używacie odkurzacza?
- Czasami sprzątamy...





