W warszawskim Teatrze Capitol debiutuje Kinga Dębska - autorka filmu „Hel". Reżyserka zajęła się przeniesieniem na scenę komediodramatu czeskiego dramatopisarza Marka Horoščaka „Gotowane głowy".
Podczas prasowej premiery spektaklu Kinga Dębska opowiadała o tym, jak zaczęła się interesować czeskimi sztukami teatralnymi podczas studiowania w szkole filmowej FAMU w Pradze i jak powstawał spektakl, w którym występują m.in. Magdalena Zawadzka i Marian Kociniak. - Pracowaliśmy długo, bez pośpiechu, bez tak wielu technicznych elementów, jakie są w kinie. Pracę w teatrze traktuję jako deser po realizacji filmu „Hel", mam nadzieję, że będę do teatru wracać - mówiła reżyserka.
Podczas prezentacji fragmentów sztuki rozmawialiśmy z Kingą Dębską.
PISF: Po studiach w praskiej szkole filmowej i realizacji filmu „Hel" debiutuje Pani jako reżyserka czeskiej sztuki teatralnej. Skąd Pani zainteresowanie tekstem Horoščaka i tamtym kręgiem kulturowym?
Kinga Dębska: Będąc w Czechach poznałam wielu współczesnych dramaturgów, studiując tam i będąc w świecie teatralno-filmowym, chodziłam dużo do teatru i mam poczucie, że we współczesnym czeskim teatrze i kinie jest coś, czego nie ma u nas. Jakaś lekkość w opisywaniu rzeczywistości poważnej, humor, który nie jest głupi, ale który jest oparty na prawdziwych obserwacjach. Czesi chyba bardziej umieją się śmiać z siebie, niż my. Tego im zazdroszczę. Stąd powodzenie czeskich komedii w Polsce.
Czy w sztuce „Gotowane głowy" znalazły się filmowe motywy? Co z języka filmu spróbowała Pani przenieść do teatru?
Moi teatralni producenci mają do mnie cały czas pretensje, że to jest bardzo filmowe i mówią, że to niedobrze. Ja tak sobie myślę po cichu, że to jednak dobrze, bo teatr współczesny nie może być skamieliną, można tam używać środków filmowych, tylko w sposób kontrolowany. Myślę, że praca w teatrze, a praca przy filmie różni się wszystkim, ale efekt ma być taki sam - ma to być ciekawa historia, która wciąga, która zaskakuje, porusza. Myślę że to się nam udało, jest ta narracja filmowa.
Wielbiciele jakiego kina znajdą coś dla siebie w tej sztuce?
Na pewno wielbiciele Tarantino, wielbiciele współczesnych czeskich komedii, czy też kina takiego typu jak „Trainspotting". Kina nowoczesnego, niebojącego się brudnych stron naszego życia. Śmieszne, że w teatrze mieszczańskim robię bardzo niemieszczańską sztukę.
Czy nie kusiło Pani, aby tekst tej sztuki przenieść jednak do kina?
Nie myślałam o tym. To byłoby możliwe, tylko trzeba by bardzo dużo dopisać, bo jednak w filmie musi się więcej dziać, bo film musi być obszerniejszy. Ale absolutnie można by to zrealizować. Do domku w lesie, położonego gdzieś hen hen trafia nocą dziwna dziewczynka. Wszystko się zmienia, nagle z normalnych ludzi wychodzą potwory. Może to być film.
Rozumiem, że teraz przez chwilę będzie Pani pracowała w teatrze. Co z filmem, co z następnymi projektami po „Helu"?
W maju planuję zdjęcia do komedii. Ta sztuka, praca w teatrze jest dla mnie wprawką komediową. Komedia „Na tropach męża" będzie opowiadać o dziewczynach pracujących na planach filmowych i próbujących ułożyć sobie życie. Kobiety po trzydziestce, które są wciąż samotne. Nie będzie to komedia romantyczna, ale jednakowoż będzie to próba spojrzenia z przymrużeniem oka na moją rzeczywistość.
Rozmawiała Marta Sikorska





