Przejdź do treści
Wersja dostępna
A A A
Kontakt
Adress Adres:
ul. Krakowskie Przedmieście 21/23
00-071 Warszawa

Contact Kontakt:
tel: + 48 22 42 10 130
fax: + 48 22 42 10 241
e-mail: pisf@pisf.pl

Contact Kontakt dla dziennikarzy:
tel: +48 22 42 10 189
e-mail: rzecznik@pisf.pl
PL
PL EN
PL
PL EN





Rozmowa z Antonim Krauze

Rozmowa z Antonim Krauze
Antoni Krauze. Fot. Marcin Kułakowski, PISF

Rozmowa z Antonim Krauze

24 lutego 2011    
Od 25 lutego w kinach będzie można oglądać najnowszy film Antoniego Krauze pt. „Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł". Film opowiada historię rodziny gdyńskiego stoczniowca, Brunona Drywy, który 17 grudnia 1970 roku zginął na gdyńskim przystanku Szybkiej Kolei Miejskiej podczas zamieszek.- Pamiętam, że zastanawiając się nad tytułem tego filmu między innymi padła propozycja…

Rozmowa z Antonim Krauze

Antoni Krauze. Fot. Marcin Kułakowski, PISF

Antoni Krauze. Fot. Marcin Kułakowski, PISF

 

PISF: "Czarny czwartek" jest filmem o Grudniu '70, o Gdyni, więc wydawać by się mogło, że będzie to obraz zdecydowanie polityczny, tymczasem jest to bardzo kameralny dramat rodzinny. Czy chciał Pan uniknąć zrobienia filmu historycznego?

Antoni Krauze: Jest on o tyle historyczny, że opowiada historię sprzed 40 lat, ale to jest rzeczywiście dramat ludzi, których tak potraktowano, na których dokonano egzekucji. Pamiętam, że zastanawiając się nad tytułem tego filmu między innymi padła propozycja "Rozstrzelane miasto", co jest adekwatne do tego, co się wtedy wydarzyło, ale wydało mi się troszkę zbyt poetyckim, metaforycznym tytułem. Ale faktem jest, że dokonano po prostu egzekucji na Gdyni. Dzisiaj trudno zrozumieć dlaczego tam, ponieważ to było jedyne miasto spośród objętych strajkami i demonstracjami ulicznymi, gdzie nie doszło do żadnych uszkodzeń, żadnych zniszczeń, nic nie zrabowano, a zapłaciło ono największą cenę za ten bunt. To był po prostu bunt ludzi, którzy nie chcieli przyjąć warunków, jakie im zafundowała władza za pomocą drastycznej podwyżki cen, która oczywiście, jak wtedy robiono, nie nazywała się żadną podwyżką, tylko regulacją. Dlatego, że ceny żywności, szczególnie tej najtańszej, podskoczyły o dziesiątki procent, ale również na przykład staniały lokomotywy, więc statystycznie rzecz się wyrównywała. I to wszystko zrobiono przed Świętami Bożego Narodzenia, czyli akurat wtedy, kiedy się świętuje, kiedy ludzie chcą, żeby tych kilka dni Świąt było rzeczywiście czymś nadzwyczajnym, niecodziennym. Ci ludzie godzili się jeść codziennie chleb ze smalcem i czasami kanapkę z jakimś podłym salcesonem. To było na przykład główne menu w domu naszych bohaterów, państwa Drywów. Ale na te Święta odkładali pieniądze, żeby pewnego dnia było inaczej, jakoś radośniej. To im odebrano, stąd bunt. Zresztą objął on inne miasta w Polsce, ale na Wybrzeżu w największej skali, w związku z tym tak to zapamiętano, że Grudzień 70 roku, to było przede wszystkim Wybrzeże.

Kiedy otrzymałem propozycję reżyserowania filmu o tym, co się wydarzyło 40 lat temu w Polsce, to była wielka szansa spłacenia pewnego długu, ponieważ te wydarzenia miały dla mnie wielkie znaczenie. Wiązały się ze sprawami osobistymi, z epizodem, że zaproszono mnie do Gdańska na pokaz mojego pierwszego fabularnego filmu i przyjechałem w momencie, w którym Trójmiasto było już spacyfikowane, nie było już demonstracji, żadnych walk ulicznych, ale pozostały ślady, świeże ślady, a przede wszystkim ludzie, z którymi się spotkałem, którzy opowiedzieli, co tam się wydarzyło.

Potem, bezpośrednio po powrocie z Gdańska, robiłem film "Meta". Oczywiście nie mógł on opowiadać o tamtych wydarzeniach. Zresztą scenariusz Marka Nowakowskiego był napisany wcześniej. Ale pod wrażeniem tego, co zobaczyłem i usłyszałem w Trójmieście próbowałem jakoś umieścić w tym filmie tę atmosferę, coś nieuchwytnego, co z czasem stało się widoczne, na przykład po Grudniu 70 roku zniknęły ze ścian urzędów portrety dotychczasowych przywódców, znaczy Gomułki, Cyrankiewicza i pozostały ślady na ścianach, zanim pojawiły się portrety następnych przywódców. Znaki tego czasu. Dzisiaj to rzeczywiście trudno oceniać, ale coś musiało mi się udać, ponieważ ten film "Meta" wylądował na 10 lat na półce, miał zakaz pokazywania i dopiero zwycięski strajk w 80 roku spowodował, że znalazł się na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych, dostał nagrodę specjalną jury i w ten sposób zamknął mi ten bardzo dramatyczny okres.

Pamięć o Grudniu 70 roku była tak żywa, że jeszcze 10 lat w ogóle nie można było o tym mówić. Zmieniły się naczelne władze państwa, zmienił się I sekretarz Partii, zmienił się rząd, ale nie zmienił się stosunek władzy do tego, co się wtedy stało, do tego jak władza postąpiła ze swoimi obywatelami. Za zapalenie lampki w miejscu, gdzie doszło do najgorszej zbrodni przy stacji Gdynia Stocznia byli natychmiast aresztowani i skazywani na, może nie na więzienie, ale czasem na wielomiesięczny areszt. Jak się pojawiały jakieś transparenty na pochodach pierwszomajowych, które mówiły prawdę, żądały ukarania sprawców tamtych wydarzeń, natychmiast oczywiście odbywały się aresztowania i szykanowania. Wszyscy ludzie, którzy znaleźli się wtedy w Gdyni, byli szkalowani jak jacyś przestępcy, wyrzucani z pracy, obniżano im premie, przesuwano na jakieś gorzej płatne i bardziej niebezpieczne stanowiska. To spotkało na przykład mężczyznę, który zastąpił Brunona Drywę i ożenił się z jego żoną. To było już 2 czy 3 lata po śmierci poprzedniego męża pani Stefanii. Za sam fakt, że został mężem wdowy po zamordowanym wtedy portowcu, prześladowano go do 1980 roku. Był mężem, nie wiem jak nazywano panią Stefanię, zbrodniarki? A ona była tylko żoną zabitego. Potem oczywiście zmieniło się to wszystko, upadł komunizm, staliśmy się krajem wolnym, przynajmniej tak niektórzy to nazywają.

Ale dlaczego teraz zająłem się tym filmem? Inicjatywa wyszła oczywiście od mieszkańców Trójmiasta, bo jeden ze scenarzystów mieszka w Gdańsku, a drugi, pan Michał Pruski, w Gdyni. Oni z kolei też mieli osobiste doświadczenia, bo w czasie tych dramatycznych wydarzeń ulicznych i demonstracji zostali zwolnieni wcześniej ze szkoły. Byli licealistami, mieli po 17 lat i oczywiście, zamiast wrócić do domu, bo po to ich zwolniono ze szkoły, udali się w różne miejsca. Jeden z nich był w Gdyni, a drugi w Gdańsku. Musiało im to zapaść w pamięć bardzo głęboko, skoro po 40 latach przyszli do mnie z taką propozycją.

Zrobił Pan film o bardzo dramatycznych wydarzeniach. Idąc na pokaz obawiałam się, że momentami będzie w nim pobrzmiewał patos, tymczasem udało się go Panu uniknąć.

Tak się staraliśmy. To znaczy od początku najważniejsze dla mnie rozmowy koncepcyjne przeprowadziłem z operatorem, panem Jackiem Petryckim, z którym przyjaźnimy się od wielu lat. Mieliśmy już za sobą wspólne dokonanie artystyczne, także rozmowa była łatwa. Nie było właściwie w ogóle problemu, żadnej dyskusji, przekonywania... Obaj mieliśmy wrażenie, że to powinien być co prawda film fabularny, bo myśmy rekonstruowali wydarzenia sprzed 40 lat, więc właściwie inscenizowaliśmy, ale że to powinno wyglądać tak, jakby to się działo teraz, jakbyśmy robili film dokumentalny, jakbyśmy po prostu rejestrowali. Krótko mówiąc, to powinno wszystko mieć kształt jak najdalszy od patosu, od jakiś takich specjalnych ustawień kamery, od gry aktorskiej, gdzie przede wszystkim byłaby kreacja, a nie odwrotnie. Chcieliśmy, żeby to było takie oglądanie, rejestracja. Myślę, że dzięki temu się udało. Bardzo chciałem, żeby to nie był konwencjonalny film fabularny, jeżeli nawet pewne rzeczy będą tak nie do końca czyste, na przykład wielość bohaterów. Ten film ma głównych bohaterów, rodzinę Drywów, ale jest tam wiele różnych, ważnych epizodów, ważnych postaci. Wydawało mi się, że nie muszę się przejmować, martwić, że to wychodzi poza pewne przyzwyczajenia czy widza czy właśnie konwencje. One wraz z latami, z modą, wrażliwością przede wszystkim widzów, aktorów zmieniają się. Także cieszę się, że tak to pani odebrała, bo to wydawało mi się bardzo, bardzo ważne, żeby nie było z patosem. Poza tym w tym filmie od razu widzimy, że skupiamy na ofiarach, a nie na drugiej stronie. To nie jest opowieść o obu stronach. Jest jakaś władza, która o wszystkim decyduje, ale my obserwujemy ludzi, którzy stali się ofiarami decyzji podejmowanych w KC. Jest stamtąd tylko jedna duża scena, troszkę pokrojona, żeby to się dało obejrzeć i wysłuchać. Tylko po to, żebyśmy wiedzieli skąd padały te rozkazy, gdzie podejmowano decyzje o sposobie rozprawienia się ze zbuntowanymi robotnikami Wybrzeża.

Dlaczego zdecydował się Pan na uczynienie swoim bohaterem Brunona Drywy, człowieka, którego nie można nazwać opozycjonistą, takiego, który nie wyróżnia się niczym szczególnym?

Nasz bohater był najstarszym spośród 18, którzy zginęli tego dnia. Osierocił troje dzieci i jego młoda żona została wdową. Wydawało nam się, że jest to wystarczający powód, żeby zająć się nimi. Skutki tej śmierci wydawały nam się najbardziej dramatyczne, miały swój dalszy ciąg, nie kończyły się na pogrzebie. Zresztą cała rodzina żyje do dzisiaj. Był jeszcze jeden istotny element, mianowicie żona zabitego, pani Stefania Drywowa, która długi czas broniła się przed wspomnieniami, nie chciała w tym uczestniczyć, z czasem została przekonana przez scenarzystów i udzieliła niezwykle wiernego wspomnienia o tym, co się wtedy wydarzyło. To nie był żaden mit. To rzeczywiście była sama prawda, niezwykle wiarygodna. To jest w ogóle bardzo ciekawa kobieta. Aktorka grająca w filmie jej rolę, pani Marta Honzatko bardzo zabiegała o spotkania z nią, obserwowała ją. Nie znałem oczywiście pana Brunona Drywy, ale prawdę powiedziawszy, po opowieści jego żony tak go sobie wyobrażam, jak to zrobił z kolei aktor grający jego rolę, pan Michał Kowalski.

Bardzo niezwykła była również opowieść ich najstarszego dziecka, syna Romana, który w dniu śmierci ojca miał 8 lat. Ostatniego dnia zdjęć realizowaliśmy scenę, w której chowaliśmy naszego bohatera na cmentarzu, w nocy. Warunki pogodowe były okropne, padał deszcz, ale musieliśmy czekać aż stopnieje śnieg, którego nie było w 1970 roku w grudniu. Ten człowiek pojawił się w środku nocy na planie z nieznaną mi jeszcze wówczas swoją młodszą siostrą. Chciał, żeby poprzez uczestniczenie w naszych zdjęciach zobaczyła, jak wyglądał pogrzeb jej ojca. Z jednej strony to jest bardzo dramatyczne, a z drugiej to była dla mnie największa nagroda, dlatego o tym ciągle opowiadam i wspominam. On obserwując nas, tak dalece nam uwierzył, że przywiózł młodszą siostrę, która była wtedy trzyipół-, czteroletnim dzieckiem, więc oczywiście, gdyby brała udział w tym pogrzebie, to by niczego nie pamiętała. I tak sobie pomyślałem, że coś tam widać się udało. Że coś robimy, oczywiście odtwarzamy, kreujemy, ale że jesteśmy wierni i to wydawało mi się najważniejsze.

Słyszałam o ciekawych historiach, które wiążą się ze scenografią. Wtedy, w Grudniu '70 nie było śniegu.

Tak, to był dla nas wielki problem, ze względu na to, że zima ubiegłego roku, przynajmniej na Wybrzeżu, była niezwykle obfita w śnieg, co się tam rzadko zdarza. A właśnie 40 lat wcześniej, w tym samym okresie czasu w ogóle śniegu nie było. Śnieg spadł dopiero przed Świętami. A myśmy mieli po prostu zimę stulecia.

Czy to Pan zdecydował się na to wielkie odśnieżanie?

Wszyscy podjęliśmy taką decyzję. Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę, że jeśli sobie nie poradzimy, to trudno. Nawet często powtarzałem, że to nie jest w końcu film o śniegu. Ale działania kierownictwa produkcji, które oczywiście zaangażowały pomoc ze strony miasta, służb od odśnieżania, spowodowały, że w filmie prawie tego śniegu nie widać. Poza pierwszą sceną, gdzie jest Wigilia poprzedniego roku, gdzie śnieg miał prawo być, to rzeczywiście w całym filmie prawie się go nie czuje.

Słyszałam, że podczas zdjęć spotkał się Pan z  zaangażowaniem mieszkańców Gdyni. Czy to prawda, że kiedy dowiedzieli się, że będzie kręcony film o Grudniu 70 zaczęli przynosić z domów różne rzeczy?

Bardzo nam pomogli. Ułatwione zadanie mieli i scenograf i kostiumograf. Ludzie przychodzili po prostu samoistnie z pomocą dowiedziawszy się, że robimy ten film. Jest jeszcze jedna rzecz, z którą się przedtem nie spotkałem. Zdjęcia uliczne na stacji kolejki SKM Gdynia Stocznia powodowały, że zamykaliśmy całe kwartały miasta utrudniając komunikację mieszkańcom. Nikt nie miał do nas pretensji. To jest oczywiste, w takich sytuacjach ludzie, którym każą zawracać czy objeżdżać, okazują swoje niezadowolenie, irytację. Nigdy się z czymś takim nie spotkaliśmy. Kilka miesięcy po zdjęciach, w trakcie festiwalu, przydarzyła mi się zabawna anegdota. Zamawiałem sobie kawę w bufecie Teatru Muzycznego i człowiek, który mi tę kawę podał, nie chciał przyjąć pieniędzy. Byłem bardzo zaskoczony. Pytam, co się stało, dlaczego za darmo? A on: - To za tę rozpierduchę, którąście zrobili zimą. Potem się dowiedziałem, że temu człowiekowi scenografowie włazili do mieszkania, bo mieszkał przy Świętojańskiej. Miał okna w plastikowych obramieniach, więc je oklejali, udawali, że są z drewna, bo wtedy żadnego plastiku nie było. Także dodatkowo utrudniliśmy mu życie, ale on nie tylko nie miał pretensji, ale chciał mi okazać swoją wdzięczność. Myślę, że niewiele jest takich miast, gdzie tak traktowano by filmowców. Ale też chodziło o ten szczególny rodzaj filmu.

Ludzie musieli czuć, że ten film jest bardzo potrzebny...

On taki był dla nich, niezależnie od wieku. Wszystko jedno czy to byli ludzie, którzy pamiętali tamte wydarzenia czy ludzie, którym rodzice, dziadkowie przekazali ich świadectwo. Zdjęcia trwały wiele dni, robiliśmy je w jakichś zamkniętych kwartałach miasta w zależności od możliwości. I pamiętam oddanie tych statystów, ich powagę... Zdjęcia same w sobie są zniechęcające. Więcej się czeka niż kręci, a tu żadnego zniecierpliwienia. Przychodzili ci sami. Statysta raz przyjdzie, zobaczy, znudzi się, nie wróci. Oni wracali. Pamiętam, że kiedy po zakończeniu pracy chciano im jakoś szczególnie podziękować, wyróżnić, że byli tacy dzielni, że tak nam pomogli. A jeden z tych chłopaków mówi: - Proszę pana, przecież my to robiliśmy dla nich. Ci oni, to byli właśnie ci, którzy wtedy stali się ofiarami tych wydarzeń. Wie Pani? Młodzi ludzie...

Z jednej strony spotykał się więc Pan z pomocnymi gestami, ale z drugiej wielkim ciężarem i trudnością było prowadzenie rozmów z tymi ludźmi, którzy byli świadkami, uczestnikami tamtych wydarzeń. Wiemy na przykład o Wiesławie Kasprzyckim...

Tak, to była rzeczywiście wyjątkowa sprawa. Miałem takich dwóch bohaterów. Jeden nazywał się Wiesław Kasprzycki, a drugi to niewymieniony z imienia i nazwiska Adam Gottner. Ten został zraniony 6 pociskami, serią z karabinu maszynowego umieszczonego w wieżyczce czołgu przy stacji Gdynia Stocznia. Ranny, został odwieziony Nyską w całej grupie 18 rannych. Zapakowano ich do jednego samochodu. Jak przeżył to wszystko, nie wiemy, ale tak mu widać było pisane. On spotkał się z nami, rozmawialiśmy w tym miejscu. Oczywiście wszystkim bardzo trudno się o tym mówi, ale on nam opowiedział dokładnie, jak to było. Pokazywał miejsca, gdzie byli ludzie, którzy chcieli przedostać się do pracy, do portu i stoczni, a gdzie stało wojsko i milicja.

Pan Kasprzycki, który miał wtedy 17 lat, został zatrzymany przypadkowo na ulicy, kiedy szedł do matki, która była pielęgniarką i pracowała w szpitalu miejskim. Ten człowiek na początku w ogóle, nie to, że nie chciał, nie mógł opowiadać. Pamiętam rozmowę z nim na ten temat, gdzie próbowałem go namówić na wspomnienia, ale on powiedział, że to w ogóle nie wchodzi w grę. Potem myślałem, że przyjedzie na to miejsce, przed urząd miasta. Tam, gdzie został w grudniu 1970 roku zatrzymany, ale nie mogło być o tym mowy, bo niemalże dostał ataku nerwowego. Także skorzystaliśmy z jego wspomnień, których udzielił w 1980 roku, kiedy ukazała się prawda o Grudniu. Wtedy już było możliwe, żeby ludzie zaczęli opowiadać. Kiedy robiliśmy scenę rekonstruując aresztowanie Kasprzyckiego, nagle się dowiedziałem, że on sam przyjechał na plan. To było coś niesłychanego. Że jednak ciekawość, chęć udziału, towarzyszenia zwyciężyły. Potem się również dowiedziałem, że był na projekcji filmu "Czarny czwartek" w Gdyni. Nie chciał rozmawiać z dziennikarzami. Tylko tyle się dowiedziałem. Ja niestety zaatakowany przez ludzi, którym musiałem opowiadać o filmie, nie zarejestrowałem tego, ale bardzo się cieszę, że on się przemógł. Mam wrażenie, że ten film jemu, w osobistym życiu, w czymś pomógł. Sam fakt, że ten film powstał. Widać, chciał zobaczyć, na ile to jest prawdziwe. Oczywiście w tych najbardziej dramatycznych scenach, pełnych sadyzmu, myśmy musieli się ograniczać. Myślę, że widz by tego nie wytrzymał. Kiedy po kilku godzinach katowania Kasprzyckiego przewieziono go do szpitala miejskiego lekarz, który go przyjmował, mówił, że był on koloru śliwki węgierki, kompletnie fioletowy.

Przez 2 tygodnie przywracano go do życia. Potem, już w 1971 roku stanął na jakiejś komisji lekarskiej, to już było możliwe za nowej władzy, która zmieniła stosunek do tych wydarzeń, bo nie czuła się odpowiedzialna. Gierek przyjechał na spotkanie do Gdańska ze stoczniowcami, słynne „- Pomożecie? - Pomożemy!" i tym najbardziej pokrzywdzonym zwołano komicje lekarskie. Kasprzycki dostał stwierdzenie utraty 85% zdrowia.

Mam wrażenie, że kolor odgrywa w tym filmie bardzo ważną rolę. Wszystkie sceny na ulicy są zrealizowane w takiej tonacji błękitno-szarej...

Obraz to jest zasługa przede wszystkim Jacka Petryckiego, operatora.

Wielki udział w realizacji obrazu miał też Krzysztof Ptak. Bo myśmy robili ten film na tzw. cyfrze, czyli w zapisie wideo i potem ze zmontowanego obrazu pod kierunkiem wykonywał przełożenie tego zapisu cyfrowego na obraz światłoczuły Krzyś Ptak, którego bardzo cenię i cieszę się, że on to robił. Oczywiście, jak się kręci, kopia robocza wyglądała nieco inaczej. To był grudzień. Grudniowy dzień jest kompletnie bez słońca, bez światłocienia. Stąd taki niebieskawy nalot. Nad morzem szczególnie.

Zaangażował Pan wybitnych aktorów, Piotra Fronczewskiego, Piotra Garlickiego, Wojciecha Pszoniaka, ale oni tak naprawdę uczestniczą tylko w jednej scenie.

To był taki klucz. Od razu umówiliśmy się, jeszcze na etapie pisania scenariusza, że w tym filmie uczestniczą mało znani aktorzy. Oczywiście część z tych aktorów jest znana na Wybrzeżu, ale nie są popularni, nie są ogólnie znani. Zresztą dzisiaj najbardziej znani są aktorzy występujący w serialach, szczególnie jak im się uda w kilku jednocześnie.

Właśnie, czy nie bał się Pan obsadzenia w rolach głównych mniej doświadczonych aktorów?

Uznaliśmy, że tak będzie lepiej dla wiarygodności. To nie będą znane postaci, nie kojarzą się z innymi rolami przez nich granymi i stąd skupiliśmy się na aktorach Gdańska i Gdyni. Była również scena dziejąca się w Komitecie Centralnym Partii, która była robiona w Warszawie, w autentycznym miejscu. Szukałem klucza, jak to zrobić. Chcieliśmy, żeby widz dał się przekonać, że tak wyglądał i zachowywał się Brunon Drywa, tak wyglądała pani Stefania 40 lat temu itd.

A w wypadku postaci, które są w zasadzie postaciami historycznymi, których zdjęcia są ogólnie znane, wydawało mi się, że pójście w takie fizyczne podobieństwo, charakteryzację i tak nie doprowadzi do efektu prawdy. Dlatego zdecydowałem się zwrócić do wybitnych aktorów, którzy widzowi się natychmiast oczywiście skojarzą, że to są oni. Żeby oni wykreowali, zagrali postaci, nie role filmowe Gomułki, czy Cyrankiewicza. Wojtek Pszoniak zagrał właśnie Gomułkę, Piotr Garlicki Józefa Cyrankiewicza, Witold Dębicki Moczara itd. Spotkaliśmy się i oni zaakceptowali te role. Choćby Piotr Fronczewski, który miał taką niewdzięczną rolę Kliszki. Jestem ogromnie wdzięczny, że przyjęli tę moją propozycję i tak to potraktowali, że nie szliśmy właśnie w podobieństwo głosu, sposobu mówienia, a że oni stworzyli jakiś ich portret. Przeważnie nielubianych na dodatek ludzi, czy jak twierdzi Pszoniak, Gomułki nienawidził. Ale podjął się tego i jestem mu za to ogromnie wdzięczny.

Teraz, kiedy film jest gotowy, mam takie potwierdzenie, że to chyba tak powinno być, że w wypadku takich ogólnie znanych postaci, nie trzeba udawać, tylko po prostu zagrać ją. Jestem szczególnie Pszoniakowi i Fronczewskiemu za jego Kliszkę tak bardzo wdzięczny, bo to są dwie najważniejsze role. Jest Garlicki, który tylko słucha. Dopisałem mu jedno zdanie, którego nie było w materiałach historycznych. Wtedy, kiedy Gomułka idzie do telefonu, do swojego gabinetu i Cyrankiewicz rzuca niby z troski taką uwagę, że - Towarzysz Wiesław coraz gorzej się czuje. Z tych materiałów, które mieliśmy wynikało, że on w tym czasie prowadził rozmowy z Moskwą samodzielnie. Rzeczywiście podobno było tak, że o ile Gomułka został odepchnięty, wycofany z polityki, żadna kara niestety go nie spotkała za to, co zrobił, o tyle Cyrankiewicz jeszcze przez jakiś czas był. Zajął miejsce Spychalskiego, czyli został przewodniczącym Rady Państwa.

Rozmawiała Adrianna Bogdziewicz

Galerie zdjęć

Serwisy partnerskie:

Link do strony http://kreatywna-europa.eu, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.studiomunka.pl/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.mkidn.gov.pl/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.polishdocs.pl/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.filmneweurope.com/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.audiowizualni.pl/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.kipa.pl/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.pl.isan.org/pl/index.htm, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://doclab.pl/pl_PL/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.c-kino.pl/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.polishshorts.pl/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.sfp.org.pl/pl, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.kinastudyjne.pl/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.polishanimations.pl/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.sara.kipa.pl/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.scriptpro.pl/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.filmpolski.pl/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.legalnakultura.pl/pl, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.wfdif.pl/pl/edukacja-filmowa/wytwornia-scenariuszy, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://filmcommissionpoland.pl/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://polishdirectors.com/, otwiera się w nowym oknie