Przejdź do treści
Wersja dostępna
A A A
Kontakt
Adress Adres:
ul. Krakowskie Przedmieście 21/23
00-071 Warszawa

Contact Kontakt:
tel: + 48 22 42 10 130
fax: + 48 22 42 10 241
e-mail: pisf@pisf.pl

Contact Kontakt dla dziennikarzy:
tel: +48 22 42 10 189
e-mail: rzecznik@pisf.pl
PL
PL EN
PL
PL EN





Nowe oblicze polskiego kina. Natalia i Łukasz Grzegorzkowie

Nowe oblicze polskiego kina. Natalia i Łukasz Grzegorzkowie
Łukasz i Natalia Grzegorzkowie, Fot. Weronika Bilska / Koskino

Nowe oblicze polskiego kina. „Jak grać, to na hardzie” - rozmowa z Natalią i Łukaszem Grzegorzkami

16 lutego 2018    
O czeskim wieczorze po tym jak usłyszeli, że „Kamper” zakwalifikował się na festiwal w Karlowych Warach, niedoszłej tenisowej karierze, pytaniach o pokrewieństwo z rektorem łódzkiej filmówki i tym jak w pracy producenta sprawdzają się słowa Stefana Żeromskiego z Łukaszem i Natalią Grzegorzkami rozmawia Kuba Armata.

POLECANE

Nowe oblicze polskiego kina. Natalia i Łukasz Grzegorzkowie

„À propos 'tak się nie robi' słyszeliśmy, że skoro mamy dramat ze zdradą w tle, nie ma tam miejsca na poczucie humoru. Nie może być śmiesznie, już tylko żyletka. Pamiętam, że usłyszałem od jednej z ważnych osób w polskim kinie, że dobrze by było, żeby bohaterka «Kampera» na przykład miała raka” - mówi Łukasz Grzegorzek. O czeskim wieczorze po tym jak usłyszeli, że „Kamper” zakwalifikował się na festiwal w Karlowych Warach, niedoszłej tenisowej karierze, pytaniach o pokrewieństwo z rektorem łódzkiej filmówki i tym jak w pracy producenta sprawdzają się słowa Stefana Żeromskiego z Łukaszem i Natalią Grzegorzkami rozmawia Kuba Armata.

Kuba Armata: Pracujecie właśnie nad waszym drugim filmem „Córka trenera”. Łukasz, na swoim facebookowym koncie napisałeś, że po latach wracasz do miłości swojego życia, czyli tenisa.

Łukasz Grzegorzek: Do osiemnastego roku życia trenowałem i grałem w tenisa jako zawodnik, osiągając całkiem niezłe rezultaty. Realizowałem marzenia mojego ojca, co zresztą przypłaciłem później kilkuletnią depresją. Kiedy przestałem grać (wejście w wiek seniora to takie sportowe być albo nie być) nie byłem w stanie zrozumieć, co się wokół mnie dzieje. To temat, który we mnie siedział od dawna.

Wspomniałeś też w swoim wpisie, że tym filmem rozliczasz się z decyzjami swoimi i swojego ojca.

Ł.G.: W środowisku tenisowym rodzice często realizują swoje marzenie rękami dziecka. Podobnie było w przypadku mojego ojca. Bardzo kocham swojego tatę i dużo mu zawdzięczam, ale mieliśmy wtedy dość skomplikowaną relację. To dość uniwersalne, bo są przecież setki rodziców, którzy w kariery sportowe swoich dzieci ładują cały majątek. Nie wiedzą, w którym momencie przekraczają granicę rozsądku i zamienia się to szulerkę. Jak w kasynie, ładujesz kolejne pieniądze i nie widzisz końca. Czułem, że jest w tym temat na film.

Natalia Grzegorzek: Kiedy przeczytałam scenariusz, poczułam, że to temat znacznie wykraczający poza sport. Wychowanie potomka to jedna z najbardziej twórczych rzeczy, jaka może się przytrafić. Sami mamy dwójkę dzieci, więc wiem jakie to jest wyzwanie brać odpowiedzialność za kształtowanie drugiego człowieka.

Ł.G.: Luna w „Kamperze” powiedziała, że oczekiwania prowadzą do rozczarowań. Zarówno rodzic ma jakieś oczekiwania względem dziecka, jak i dziecko wobec rodzica. W tym napięciu można dowiedzieć się czegoś więcej o jednym i o drugim. Mnie najbardziej interesowało dlaczego mój tata poświęcił wszystko, aby nic nie osiągnąć. I czy jest szczęśliwym, spełnionym człowiekiem.

Jak on w ogóle zareagował na ten pomysł?

Ł.G.: Bardzo się bał, ale jednocześnie był ciekawy. Czuł, że to nasza kolejna, wspólna przygoda. Kiedy przestałem grać, zaczął wegetować. Miał co prawda zawodników, którzy byli w trzeciej czy czwartej dziesiątce krajowego rankingu. Ja zaś byłem ostatnim z pierwszej dziesiątki. Wydawało się, że mogę coś osiągnąć w światowym tenisie.

N.G.: Czyli tata mógł marzyć o Wimbledonie (śmiech).

Ł.G.: Czyli tata mógł marzyć o Wimbledonie. I nagle ta przygoda się skończyła. Później skala jego pracy była mniejsza niż oczekiwania. Teraz poczuł coś ciekawego w związku z filmem. Zobaczył już zresztą pierwszą układkę.

To była trudna projekcja?

Ł.G.: Baliśmy się obaj, ale o dziwo tata sporo się śmiał, było też dużo wzruszających momentów. Pamiętam, jak po wszystkim powiedział mi: „Synku, ja nawet nie wiedziałem, jak patrzysz na pewne sprawy”. Tata jest punktem wyjścia, ale historia ubrana jest w zupełnie inny kostium. Razem z Jackiem Braciakiem stworzyliśmy nową, pełnokrwistą postać.

Słuchając tego, co mówicie o „Córce trenera”, ale patrząc też na wasz debiut, czyli „Kampera”, mam wrażenie, że waszym sposobem na kino są bliskie tematy, to, co sami dobrze znacie i jest mniej lub bardziej oswojone.

Ł.G.: Chcę robić filmy dotykające spraw, które mnie bolą albo żywotnie interesują. Siłą rzeczy czerpię z własnego doświadczenia.

N.G.: Jako producentka na pewno jestem bardziej zdystansowana niż Łukasz, ale dla mnie punktem wyjścia zawsze jest ciekawa, wyrazista postać, która mierzy się z wyborami, jakie przynosi jej życie. Lubię w kinie wiarygodność, kiedy coś ma sens, jest psychologicznie uzasadnione. Scenariusze, które przyniósł Łukasz wspólnie z Krzysztofem Umińskim, w obu przypadkach takie właśnie były. Utożsamiam się z tymi bohaterami, zastanawiam się, jakiego ja bym dokonała wyboru w danej sytuacji. To mnie pociąga w kinie i w tym kierunku chciałabym rozwijać firmę Koskino. Poszerzyć działalność o współpracę z innymi reżyserami, ale też wciąż robić filmy z Łukaszem. Już zresztą kombinujemy z kolejnym.

Ł.G.: Tym razem będzie to kino gatunkowe.                        

No właśnie, przeczytałem, że jednymi z twoich ulubionych twórców są bracia Coen, wybitni specjaliści od zabaw filmowymi gatunkami.

Ł.G.: O tak, zabawa też mocno we mnie siedzi.

N.G.: Przede wszystkim chcemy robić swoje. Dużo ważniejsze od schematów jest to, co nas interesuje. Mamy nadzieję, że jeżeli będziemy opowiadać w przystępny i dowcipny sposób wiarygodne historie o sprawach, które nas dotykają to w ten sposób znajdziemy widza. Chcemy robić mainstreamowe kino autorskie.

W mojej rozmowie z autorką zdjęć do „Kampera” i „Córki trenera” – Weroniką Bilską mocno wybrzmiała fraza „tak się nie robi”. Co ona dla was oznacza z perspektywy waszych doświadczeń?

N.G.: Teraz jest przedmiotem zabawnej anegdoty, którą sobie tu opowiadamy (śmiech).

Ł.G.: To temat na osobną rozmowę. Chodzi mi o przekleństwo systemu nauczania, które zaczyna się na poziomie szkoły podstawowej. Żyjemy w terrorze poprawności i strachu przed popełnieniem błędu. Wróćmy do tenisa. Usłyszałem taką myśl, że podziwia się Rafaela Nadala za jego piękne uderzenia. Nikt jednak nie bierze pod uwagę tego, że dziesięć tysięcy razy popełnił błąd po to, by w kluczowym momencie zagrać perfekcyjnie. Strach przed popełnieniem błędu to paraliżująca sprawa, także w kontekście sztuki, która w założeniu ma być przecież nieschematyczna.

N.G.: Nie ma czegoś takiego, jak „tak się nie robi”. Jak to słyszę to wiem, że mam do czynienia z łatwą wymówką. Zacytuję Żeromskiego: „Kto chce, szuka sposobu, kto nie chce, szuka powodu”. W pracy producenta wracają do mnie te słowa bardzo często. Dzięki temu, kiedy słyszę „tak się nie robi” lub inne „powody” to już wiem, że nie ma chemii, energii i nie pójdzie współpraca w dobrą stronę.

Robiąc „Kampera”, często słyszeliście, że tak się nie robi?

Ł.G.: Podam przykład, wycięliśmy z „Kampera” całkowicie wątek rodziców, bo uznaliśmy, że dla tej historii nie jest on niezbędny. I głos: „nie no, nie może tak być, tak się nie robi, musimy wiedzieć, z jakiej rodziny on pochodzi, żebyśmy zrozumieli jego motywację”. A może nie musimy? Może wejdziemy w dialog z widzem i on sobie to sam dopowie? Może dzięki temu, że nie ograniczymy go do jakiejś utartej ścieżki, widz bardziej przeżyje jego dramaty. Nie wiem, może się mylimy, a może nie, czas pokaże. Myślenie w kategorii: to jest poprawne, a to błędne, jest drogą donikąd.

A może to podważanie kompetencji brało się z braku skończenia szkoły filmowej? U nas utarła się ścieżka: szkoła filmowa, etiudy, „trzydziestka” i dopiero debiut. Wy obraliście zupełnie inną, zatem odwracając tę kwestię, jak to się robi?

N.G.: Łukasz przyszedł z historią, którą chciał opowiedzieć, i zrobiliśmy film. Po prostu. Wiedzieliśmy, że nie chcemy robić ani etiudy, ani „trzydziestki”. Miałam w swoim życiu mały epizod ze szkołą filmową. Byłam na kursie reżyserii dokumentalnej w Szkole Wajdy. Zrobiłam nawet trzy etiudy. W tamtym czasie poznałam Łukasza i otworzyło się myślenie o dużych marzeniach. Łukasz przeniósł na mnie swoje przekonanie, że jak grać, to na hardzie. Być może dlatego, że jest byłym sportowcem. Opowiedział mi o pomyśle na „Kampera”, był sercem tego projektu, ale potrzebował rozumu – kogoś, kto będzie surowo pilnował wykonalności pomysłów. Wyliczyliśmy oszczędności i postanowiliśmy spróbować.

Legendarny kierownik produkcji Edward Zajiček mówił zawsze, że naczelną zasadą producenta jest to, by nie robić filmów za własne pieniądze. Wam to się, jak rozumiem, nie udało?

Ł.G.: Tak, to też słyszeliśmy. Tak się nie robi (śmiech).

N.G.: Gdybym dzisiaj spotkała początkującego producenta, to też bym mu powiedziała, żeby próbował inaczej, o ile to możliwe. Dla nas to była jedyna droga.

Ł.G.: Ja obrócę to w drugą stronę. Jak robią film bracia Safdie czy Swanbergowie? Jak zaczynał Coppola czy Cassavetes? Okazuje się, że na świecie są jednak ludzie, którzy inwestują własne pieniądze i grają na hardzie, po to żeby ten film się zwrócił, a może i zarobił. To też jest nasza filozofia. Kiedy słyszysz, że tak się nie robi, ale potem widzisz, że wcale tak do końca nie jest, to czujesz pewien dysonans poznawczy.

Mieliście poczucie, że podejmujecie dość spore ryzyko, rzucając na szalę swoje życiowe oszczędności?

Ł.G.: Gdybyśmy tego nie zrobili, pewnie długo byśmy żałowali. Było to możliwe chociażby z uwagi na rewolucję technologiczną. Przestawienie się na nośniki cyfrowe sprawiło, że robienie filmów jest znacznie tańsze, a jakość porównywalna. Dochodzi do tego rewolucja społeczna. Żyjemy w bańkach. Mamy sprofilowane media społecznościowe, ulubione programy, z których czerpiemy wiedzę o świecie itd. Jeżeli jesteś w swojej bańce, to wydaje ci się, że dokładnie tak wygląda świat, znajomi głosują na tą samą partię, mają zbliżony światopogląd. Kiedy wyjdziesz poza nią, nagle się okazuje, że jest zupełnie inaczej. Największym wyzwaniem dla twórcy jest wyjście poza swoją bańkę.

À propos, jesteście zadowoleni z wyniku frekwencyjnego „Kampera”?

N.G.: Jestem bardzo zadowolona. Przyzwyczajono nas do tego, żeby mówić o wynikach filmu, nie uwzględniając mitycznego wskaźnika P&A (Prints and Advertising – przyp. aut.). Tego, ile kosztuje promocja filmu, na ilu kopiach wchodzi on do kin. Nie widziałeś pewnie żadnego plakatu „Kampera” na mieście czy gazetowych okładek, nie słyszałeś ani jednej reklamy radiowej, nie było wykupionych reklam. Nawet zwiastun w kinie trudno było zobaczyć. Promocję w większości zrobiliśmy na Facebooku, skromnymi środkami, i jesteśmy z tego bardzo zadowoleni. Wszystkie pieniądze poszły na to, żeby zrobić kopie, klucze i wysłać film do kin, a był dystrybuowany na sześćdziesięciu kilku ekranach. Nagle okazuje się, że te 50 tysięcy widzów to ogromny sukces. Zwłaszcza że film jest teraz w HBO i HBO GO we wszystkich krajach Europy Środkowo-Wschodniej, zaraz wchodzi do Ale Kino!, wiemy też, że zainteresowana jest nim TVP. To, co nas bardzo ucieszyło, choć nie przekłada się niestety na finanse, że w grudniu 2016 roku byliśmy w top 10 na torrentach (śmiech).                 

„Kamper” to film, w którym wielką rolę odgrywa marketing szeptany. Ludzie sobie go nawzajem polecają, chętnie do niego wracają. Kiedy rozmawiam o nim z moimi znajomymi, widzę, że nabrał wymiaru pokoleniowego.     

Ł.G.: Rzeczywiście spotykamy się z określeniem, że to film pokoleniowy. Nie do nas należy ocenianie tego. Choć wydaje mi się, że to taka kolejna bańka – rocznik 80., duże miasto, komputery, życie niedojrzałych ludzi. Pamiętam, że po pokazie na festiwalu Off Camera poszliśmy z Piotrkiem Żurawskim po papierosy do sklepu obok kina. Szła za nami para pięćdziesięciolatków, którzy przyjechali specjalnie ze Skarżyska by kolejny raz zobaczyć film i chcieli z nami porozmawiać, bo czuli, że „Kamper” jest o nich. Podobnie było z Jackiem Braciakiem, który widział go kilka miesięcy przed premierą, siedząc u nas na kanapie. Przekonywał, że to nie jest film pokoleniowy, to jest o nim. Zresztą mieliśmy więcej takich sygnałów od ludzi koło pięćdziesiątki. Z drugiej strony pamiętam pokaz dla licealistów w Nysie, gdzie osoby w wieku 17-18 lat również czuły się z tym filmem złączone. Mam poczucie, że dotknęliśmy szerszego problemu.

N.G.: Wyszliśmy od tego, żeby jak najuczciwiej i najszczerzej opowiedzieć o tym, co sami znamy.

Dawaliśmy scenariusz ekipie, ludziom, z którymi chcieliśmy pracować, a zazwyczaj byli to trzydziestolatkowie, i słyszeliśmy bardzo często: „story of my life”. Nie myśleliśmy jednak w tak dużych kategoriach. Punktem wyjścia było to, żeby szczerze spojrzeć na własne życie.   

Ł.G.: I wielowymiarowo. À propos „tak się nie robi” słyszeliśmy, że skoro mamy dramat ze zdradą w tle, nie ma tam miejsca na poczucie humoru. Nie może być śmiesznie, już tylko żyletka. Pamiętam, że usłyszałem od jednej z ważnych osób w polskim kinie, że dobrze by było, żeby bohaterka na przykład miała raka.

Robicie debiut, w dużej mierze za własne pieniądze, i nagle dostajecie wiadomość, że film zakwalifikował się na festiwal do Karlowych Warów, jedną z większych imprez w Europie. Co sobie pomyśleliście?

N.G.: Łukasz puścił wtedy czeską muzyczkę (śmiech). I spędziliśmy wieczór z czeską kulturą. Radość była ogromna. Lubimy czeskie kino z bohaterem  potraktowanym z dużą czułością i humorem. To jest nam bliskie.    

Ł.G.: Ja się cieszyłem, bo dużo w przeszłości sporo grałem w turniejach w Czechach. Trochę też po czesku mówiłem. Próbowałem nawet na początku spotkania po pokazie, ale szybko przeszliśmy na angielski.

N.G.: Było to dla nas ważne, bo skoro byliśmy na festiwalu klasy A, to chociażby z tego powodu będzie się o nas mówić w kraju. Postanowiliśmy pójść tym tropem i „Kamper” miał premierę dwa tygodnie po premierze w Karlowych Warach. Wiedzieliśmy, że będziemy obecni w mediach, a przy naszym „skromnym” budżecie promocyjnym było to dość istotne.

Jak „Kamper” został przyjęty na festiwalu?

Ł.G.: Siedzieliśmy podczas projekcji na balkonie w przepięknym teatrze i obserwowaliśmy widownię. To był nasz pierwszy otwarty pokaz. Nagle mieliśmy poczucie, że mamy jakąś świetną komedię. Widzieliśmy, jak przez widownię przetaczają się fale śmiechu. Kolejny pokaz, dzień później, miał zupełnie inną energię. Okazało się, że ludzie ocierali ukradkiem łzy. Czuliśmy, że o to w tym wszystkim chodzi. Pamiętam, że gdy dziewczyny z ekipy wyszły z pokazu, wszystkie się popłakały.           

N.G.: Pojechaliśmy tam dużą ekipą. Świetnie było obserwować publiczność, która żywiołowo reaguje. Wtedy zrozumieliśmy, że się udało i ta gigantyczna praca nie poszła na marne.   

Dużo mieliście po drodze wybojów, przeszkód?

N.G.: Same (śmiech). Wyprodukowanie filmu to jedno, a sprzedanie go to drugie. Realizacja była trudna, dlatego że szukaliśmy własnej drogi, języka. Te starcia były jednak twórcze i przyjemne, bo kochamy to robić. Znacznie mniej przyjemnie zrobiło się, kiedy film trzeba było sprzedać. Pierwszy dystrybutor, który go widział, powiedział, że to gigantyczny błąd, że w kluczowej scenie kuchennej bohaterkę pokazujemy przez plecy. Był przekonany, że robimy to nieświadomie.

Ł.G.: Wiedzieliśmy, jak zrobić to poprawnie, tylko zadaliśmy sobie pytanie: po co? Może w ten sposób bardziej odczuwamy emocje bohatera, jest to intymne, zapominamy, że to efekt kreacji. Nasza filozofia zdjęć sprawia, iż widz po prostu tam jest.

Ponoć często słyszeliście, że jesteście zbyt festiwalowi albo zbyt komercyjni. To jak w końcu jest?

N.G.: Tak jak wspomniałam, chcielibyśmy robić autorskie kino mainstreamowe. Filmy, które będą opowiedziane z humorem, lekko i przystępnie, ale jednocześnie nie będą obrażać inteligencji widza.   

Na planie „Kampera” ponoć mocno cięliście się z Piotrem Żurawskim. Podobnie było z Jackiem Braciakiem przy „Córce trenera”?

Ł.G.: Nie, było zupełnie inaczej. Jacek przygotowywał się do tej roli przez pół roku, bardzo się zmienił fizycznie. Wiele godzin spędził na korcie i w sali treningowej. Byłem jego trenerem tenisa i nazywał mnie Berią. A trenera, do którego chodził na treningi obwodowe, Łukasza Walczaka - Jeżowem. Na pierwszym treningu zwymiotował po dziesięciu minutach, ale się zawziął i ćwiczył 6-7 godzin tygodniowo. Po treningu szliśmy na papieroska, siedzieliśmy z godzinę w parku Skaryszewskim i rozmawialiśmy o bohaterze.

Córka trenera. Fot. materiały prasowe

Harmonijnie przebiegała też współpraca z Karoliną Bruchnicką, studentką łódzkiej Filmówki, która zadebiutowała wcielając się w rolę Wiktorii, tytułowej córki trenera. Karolina też ostro weszła na kilka miesięcy w graną przez siebie postać.

Czy to, że byłeś indywidualnym sportowcem, przydało się przy robieniu filmu?

Ł.G.: Idziesz po swoje, po prostu. Gdy uprawiasz sport, masz jasno określone cele i chcesz je realizować. Jesteś świadomy swoich atutów i słabych stron. Tenis w tej kwestii jest bardzo bezwzględny. Poza tym na wyższym poziomie indywidualny sport wymaga współpracy. Czy to z trenerem, czy z całym sztabem szkoleniowym. Pod tym kątem też widzę analogie ze światem filmu. Z jednej strony to indywidualna bajka, z drugiej jednak zespołowa gra. Każdy musi wiedzieć, co robi i dlaczego. To też takie cygańskie życie, wiele dni poza domem. W roku zdarzało mi się spędzić dwieście dni na wyjazdach, nie czułem przynależności do żadnego środowiska. Wiele porażek, które przeżyłem na korcie, utwardziły mi tyłek. Tenis to już dla mnie jest przeszłość, momentami bardzo bolesna, ale przeszłość.

Wspomniałeś, że kiedy okazało się, że nie zostaniesz zawodowym tenisistą, miałeś gorszy czas, bo nie wiedziałeś, co ze sobą zrobić. Przed filmem pojawiło się jednak prawo, czyli zupełnie inne rejony.

Ł.G.: Kiedy szedłem na studia, nie wiedziałem, co ze sobą robić. W klasie maturalnej powiedziałem tacie, że przestaję grać, a on zapytał mnie, co dalej. Nie wiedziałem, co mam mu odpowiedzieć. Poradził mi, żebym poszedł na studia, które dadzą mi humanistyczną podbudowę, ale też fach. Namówił mnie, żebym zdawał właśnie na wydział prawa. Cieszę się, że tak się stało. Spotkałem tam  niesamowitych profesorów, którzy nauczyli mnie myśleć. Miałem świetne zajęcia z doktryn polityczno-prawnych, filozofii prawa czy historii. To wszystko ukształtowało mnie humanistycznie. Ale też jeśli chodzi o systematyczność. To bardzo wymagające studia i musiał tam panować reżim.  

N.G.: Dlatego z Łukaszem świetnie się pracuje. Jest reżyserem, który pamięta wszystkie duble, jakie były kręcone, z podziałem na dni. Kiedy siadamy do montażu, ma to wszystko w głowie. To jest ten rodzaj pamięci, który dla mnie jest niepojęty.

A więc słynne słowa, jakie miałeś usłyszeć przed „Kamperem”, czyli „ogarnij się”, wcale nie są takie zasadne?

Ł.G.: To inny aspekt życia. Nigdy na przykład nie wypełniłem PIT-a. A jak dzwoni operator telefonii komórkowej, że zapomniałem zapłacić rachunek, to potem przez dwa dni jestem chory. Wtedy mogę sobie powiedzieć: „człowieku, ogarnij się” (śmiech).    

Skończyłeś prawo, ale czy myślałeś w ogóle o szkole filmowej?

Ł.G.: Myślałem, tylko miałem dość skomplikowaną sytuację i na studiach musiałem podjąć pracę. W zasadzie od początku wiedziałem, że nie będę prawnikiem. Ale na drugim, trzecim roku zacząłem myśleć poważnie o ścieżce filmowej. Grasz jednak tak, jak ci przeciwnik, a w tym wypadku życie, pozwala. Musiałem po prostu zarabiać.   

Pracowałeś w telewizji.

Ł.G.: Najpierw utrzymywałem się z tenisa, dając lekcje, później przez półtora roku pracowałem w dziale prawnym jednej z dużych firm deweloperskich. Aż wreszcie zacząłem robić reportaże oraz felietony. Tak trafiłem na stałe do telewizji, gdzie do moich zadań należało robienie zwiastunów. To była zbyt czasochłonna praca, by myśleć poważnie o studiach w Łodzi czy Katowicach.     

Dużo ci to dało w kontekście reżyserskiego warsztatu?

Ł.G.: Bardzo dużo. Jeżeli na przykład był miesiąc z filmami braci Coen, to mogłem wszystkie filmy analizować pod różnym kątem, a potem na szybko ulepić z tego materiału 30-sekundowy zwiastun. Jeszcze mi za to płacili. Ważne było to, że miałem duży wybór i sam decydowałem, do których filmów będę robił zwiastuny. Mogłem na przykład promować dobre filmy wyświetlane o północy.  

À propos szkoły filmowej, często pytają cię o to, czy jesteś krewnym rektora łódzkiej filmówki?

Ł.G.: O tak (śmiech). Pamiętam, jak spotkaliśmy się na jakiejś filmowej gali. On był jurorem, a ja jednym z nominowanych. Nagle Mariusz Grzegorzek do mnie podchodzi i krzyczy na całą salę z wyciągniętymi rękami: „Synu mój, niech no cię uściskam”. To było nasze pierwsze spotkanie twarzą w twarz (śmiech). Ciekawa postać.

„Kamper” wam otworzył wiele drzwi? W drugi film, który ponoć zawsze jest trudniejszy, weszliście naprawdę szybko. Czujecie presję?

N.G.: Na pewno sporo ułatwił. Nikt już nam nie mówi, że jesteśmy dzieciakami, które nie wiedzą, co robią. Poza tym sami mamy większą świadomość w robieniu tego, co chcemy. Presja, przynajmniej dla mnie, związana jest z faktem, że mamy tym razem prywatnych inwestorów.

Ł.G.: Z każdą kolejną osobą, która dochodziła do tego projektu, rosło poczucie, że mamy ciekawą historię i interesujących bohaterów. W takich sytuacjach nie myślisz, czy powtórzy się to, co było, czy będzie lepiej czy gorzej. Po prostu wchodzisz w nową, unikatową przygodę. Mam wrażenie, że sporo osób pracujących przy „Córce trenera” wpadło po zakończeniu planu w coś na kształt depresji. Bo to była naprawdę niesamowita przygoda. A oprócz tego opowiedzieliśmy chyba coś ważnego.

Padły gdzieś słowa, że w debiucie najtrudniejsze jest zdobywanie zaufania. Czy to było największe wyzwanie w przypadku „Kampera” i czy coś się w tej kwestii teraz zmieniło?

Ł.G.: Ważne było to, że spora część ekipy była ta sama. Poznaliśmy się na tyle dobrze, że nie mieliśmy z tym kłopotu. Przy pierwszym filmie trochę się siebie baliśmy. Baliśmy się popełnić błąd, że coś nie wyjdzie, przemawiał przez nas strach. A teraz byliśmy siebie ciekawi, otwarci i czerpaliśmy z tego dużo radości. Zastanawialiśmy się cały czas, co możemy jeszcze „zbroić”.

Rozmawiał Kuba Armata

Nowe oblicze polskiego kina. Jan Naszewski Więcej Nowe oblicze polskiego kina. Jan Naszewski Nowe oblicze polskiego kina. Weronika Bilska Więcej Nowe oblicze polskiego kina. Weronika Bilska NOWE OBLICZE POLSKIEGO KINA. PAWEŁ MAŚLONA Więcej NOWE OBLICZE POLSKIEGO KINA. PAWEŁ MAŚLONA NOWE OBLICZE POLSKIEGO KINA. JOANNA SZYMAŃSKA Więcej NOWE OBLICZE POLSKIEGO KINA. JOANNA SZYMAŃSKA

Serwisy partnerskie:

Link do strony http://kreatywna-europa.eu, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.studiomunka.pl/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.mkidn.gov.pl/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.polishdocs.pl/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.filmneweurope.com/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.audiowizualni.pl/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.kipa.pl/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.pl.isan.org/pl/index.htm, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://doclab.pl/pl_PL/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.c-kino.pl/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.polishshorts.pl/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.sfp.org.pl/pl, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.kinastudyjne.pl/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.polishanimations.pl/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.sara.kipa.pl/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.scriptpro.pl/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.filmpolski.pl/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.legalnakultura.pl/pl, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://www.wfdif.pl/pl/edukacja-filmowa/wytwornia-scenariuszy, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://filmcommissionpoland.pl/, otwiera się w nowym oknie Link do strony http://polishdirectors.com/, otwiera się w nowym oknie